Można powiedzieć, że zaczęła się już wyjazdem
z Polski. Pobyt we Francji był tylko pierwszym jej etapem, gdzie cała
nasza czwórka miała nauczyć się francuskiego, pokupić niezbędne rzeczy
do życia w tropiku i załatwić formalności wizowe.
Jak zaznaczyłem wyżej, z końcem listopada 1969
zakończyliśmy kurs języka francuskiego i zaczęliśmy robić zakupy. Nie
miałem żadnego pojęcia o życiu w Afryce tak samo, jak moi współbracia z
Polski, ale w Prokurze Misyjnej w Paryżu byli księża, którzy w tropiku
spędzili po kilka lub kilkanaście lat. To oni doradzali nam w co mamy
się zaopatrzyć. Nieżyjący już dzisiaj O. Desmolière zawiózł nas w Paryżu
do specjalnego magazynu gdzie kupiliśmy żelazne kufry, mustikiery,
ubrania, nakrycia głowy - szerokie kapelusze (hełmy tropikalne tak
kiedyś niezbędne, wyszły z użycia) i wiele innych praktycznych i
potrzebnych rzeczy.
O. Desmolière zawiózł nas również do Secours
Catholique na rue du Bac w Paryżu aby każdy z nas mógł zaopatrzyć się w
walizkę kaplicę i walizkę aptekę, które były niezbędne kapłanom
wyjeżdżającym na misje. Tu powstał problem, ponieważ dyrekcja miała
zakaz wydawania walizek kaplic polskim księżom, bez zgody Prymasa
Polski. Gdzie go szukać, skoro sprawa jest nagląca? Zwróciliśmy się do
Rektora Polskiej Misji w Paryżu i ten widząc, że sprawa jest wyjątkowa
(księża jadący na misje do trzeciego świata, a nie pozostający do pracy
na emigracji) wydał pozwolenie.
Kiedy wszystko było już spakowane, ekonom
skontaktował się z agencją transportową, która przysłała samochód po
nasze bagaże by je odstawić do Marsylii, skąd mieliśmy odpłynąć statkiem
do Kamerunu. Ze względów praktycznych, pierwszą podróż na misje należało
odbyć statkiem, ponieważ można wtedy zabrać więcej bagażu i powoli
przyzwyczajać się do gorącego klimatu!
Od Oblatów Polskiej Wiceprowincji we Francji
otrzymaliśmy w darze samochód Renault 4, który miał podróżować razem z
nami i O. Desmolière odprowadził go do Marsylii aby załadować na statek.
Krótko przedtem, zamknięto morskie linie
pasażerskie do Afryki ale, na szczęście, statki do przewożenia towarów
miały do dyspozycji po kilka kajut dla pasażerów. Nieżyjący już O.
Monachon, dyrektor prokury oblackiej w Marsylii czuwał, aby znaleźć
odpowiedni statek, ale nie można było podjąć konkretnej decyzji ponieważ
ciągle czekaliśmy na wizy wjazdowe do Kamerunu.
Nie były to zwykłe, turystyczne wizy ale
specjalne, z pozwoleniem na dłuższy pobyt i otrzymanie karty rezydenta.
Ponieważ do Bożego Narodzenia 1969 roku wizy nie nadeszły, więc
pojechałem na Północ Francji aby spędzić święta we wspólnocie polskiej w
Noeux les Mines. 26-go grudnia 1969 roku dostałem wiadomość z Paryża:
„wracaj szybko, bo jutro odjeżdżamy do Marsylii skąd 28- grudnia
odpływamy statkiem do Douala, portu w Kamerunie.
Według zasady ewangelicznej „czuwajcie, bo nie
wiecie dnia ani godziny”, byłem gotowy do podróży i pierwszym lepszym
pociągiem wróciłem do Paryża. Miejscowy Superior otrzymał wiadomość z
Marsylii, że statek wypłynie dopiero z początkiem stycznia 1970 roku a
nie, jak było przewidziane, 28 grudnia 1969, ponieważ marynarze chcą
przywitać Nowy Rok na lądzie. Bilety na pociąg do Marsylii były już
wykupione i miejsca zarezerwowane, więc 27 grudnia 1969 roku wieczornym
pociągiem z dworca Lyon w Paryżu, nasza czwórka podjęła następny etap
podróży na misje do Kamerunu!
Marsylia
Następnego dnia rano, około godziny 10-tej
wysiedliśmy na dworcu kolejowym w Marsylii. Jechaliśmy całą noc. Dzisiaj
tę trasę, dzięki TGV, pokonuje się o wiele szybciej! Na peronie czekał
na nas O. Monachon, przełożony oblackiej wspólnoty i dyrektor prokury.
Spotkaliśmy go po raz pierwszy. On także nas nie znał. Nie trudno jednak
było się rozpoznać dzięki oblackim znaczkom na klapie marynarki! Zawiózł
nas i nasze skromne bagaże do oblackiego domu, który pachniał historią
zgromadzenia. Po podróży mieliśmy prawo do odpoczynku.
Przed nami była perspektywa spędzenia kilku
dni w słynnej Marsylii, znanej mi z kilku zdjęć i korespondencji
założyciela, O. Eugeniusza de Mazenoda, który był jej biskupem w
pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Teraz dotykałem własnymi
stopami ziemi, po której stąpał nasz Wielki Ojciec. Trudno jest opisać
wrażenie jakie mnie wtedy ogarnęło tym bardziej, że wiele wspomnień
umknęło z pamięci! Pamiętam tyle, że byłem bardzo wzruszony i kiedy
zwiedzałem pamiątki po Założycielu, często zapierało mi dech w
piersiach!
Jednego dnia zwiedzaliśmy miasto i jego
zabytki, mimo panującego zimna. Innym razem pojechaliśmy do
Aix-en-Provence, kolebki zgromadzenia, gdzie pokarmelitański klasztor
był pierwszym domem oblackiej wspólnoty, a przylegający kościół,
świadkiem pierwszego kazania Założyciela w języku prowansalskim. On,
arystokrata, zwracał się do prostych ludzi w ich języku, którego wyższe
sfery się wstydziły i nawet nie znały. Modląc się w tym kościele,
starałem sobie uzmysłowić wielkość tamtego wydarzenia!
Nadszedł ostatni dzień 1969 roku i wtedy
przeżyłem smutne wydarzenie, które zapadło mi dość głęboko w pamięci.
Otóż przy obiedzie, superior zwrócił się do jednego z księży z oblackiej
wspólnoty z prośbą, aby udał się do jednej parafii pomóc w spowiadaniu
wiernych. Wszyscy inni ze wspólnoty, mieli już porozdzielane zajęcia.
Zagadnięty odpowiedział, że nie może, ponieważ w tym samym czasie ma
akurat zebranie związkowe! Był to tzw. „ksiądz robotnik”! Powstrzymuję
się od komentarza!
Wieczorem w tamtejszej wspólnocie żegnaliśmy
uroczyście Stary Rok a witali Nowy. Dziękowaliśmy Bogu za przebyty
okres, przepraszaliśmy za niedociągnięcia a także polecaliśmy boskiemu
Miłosierdziu i Opatrzności wszystko to, co stało przed nami, zwłaszcza
wielką niewiadomą – podróż do Kamerunu i tamtejszą pracę na obcej i
nieznanej ziemi!
Nowy, 1970, Rok rozpoczęliśmy z Założycielem.
Tego dnia, po śniadaniu, w towarzystwie O. Monachon, udaliśmy się do
katedry, gdzie w krypcie, w małej kaplicy, spoczywa ciało bpa de
Mazenoda. Tam odprawiliśmy koncelebrowaną mszę św. i poleciliśmy
Założycielowi naszą misję, całą pracę i tych, do których jechaliśmy w
nieznanym kraju. Następnie wróciliśmy do domu, by dopiąć wszystko na
ostatni guzik, bo jutro, czyli 2-go stycznia 1970 roku, czekała nas
wielka podróż! Należało posortować bagaże, aby w kajucie mieć rzeczy
potrzebne aż do końca podróży, a inne oddać do bagażowni. Należało też
zatrzymać jedną walizkę kaplicę dla odprawiania mszy w czasie podróży i
mnie, jako najmłodszemu, przyznano ten „zaszczyt”!
Pamiętnego dnia, 2-go stycznia 1970, po
śniadaniu, udaliśmy się do Notre Dame de la Garde (Matki Boskiej od
Straży) i tam odprawiliśmy ostatnią mszę św. na kontynencie europejskim
przed wyjazdem w nieznane, do Kamerunu. Była spora grupa ludzi, która
modliła się razem z nami o dobrą podróż dla nas i błogosławieństwo boże
w pracy misyjnej na kontynencie afrykańskim. Po mszy, kilka osób
rozmawiało z nami z wielkim zaciekawieniem, ponieważ jeszcze nie
spotkali tutaj polskich misjonarzy wyjeżdżających do krajów trzeciego
świata. Tego dnia wiał silny wiatr (Mistral, o którym słyszałem z lekcji
geografii, a teraz czułem go na własnej skórze, jak przenika do szpiku
kości) i było okropnie zimno, dlatego szybko wracaliśmy do domu.
Matka Boża od Straży (Notre Dame de la Garde)
to świątynia w Marsylii, wybudowana na wzgórzu niedaleko portu. Pierwsza
historyczna wzmianka o tym sanktuarium pochodzi z 1214 roku. Za czasów
Założyciela Oblaci przejęli opiekę nad tym miejscem kultu i każdego dnia
jeden z oblackiej wspólnoty wdrapywał się na wzgórze aby sprawować
Eucharystię i służyć pielgrzymom kapłańską posługą! Na szczycie wieży
kościoła wybudowanego za czasów Założyciela, znajduje się figura M.B. od
Straży, zwrócona w stronę portu skąd wypływały całe pokolenia oblackich
misjonarzy w szeroki świat. Kiedy odpływający statek jest już daleko od
portu i wszystko znika na horyzoncie, długo jeszcze widać oświetloną
figurę M.B. od Straży.
ACAPULCO
2-go stycznia 1970 roku, po małym
popołudniowym posiłku, wpakowaliśmy nasze bagaże do samochodów i w
towarzystwie kilku współbraci ruszyliśmy do portu. Specjalnie
przyjechali nas pożegnać dwaj kanadyjscy Oblaci z pobliskiego Aix en
Provence, z którymi spędziliśmy kilka miesięcy w Paryżu. Towarzyszyli
nam do portu i czekali do odpłynięcia statku. Wzruszające!
Po raz pierwszy byłem w porcie. Wiał silny,
zimny wiatr. Zapach był niesamowity. Czuć było sól, oliwę, ryby i różne
spaliny. Wrażenie raczej niezbyt pozytywne. Dodatkowo towarzyszyła mi
myśl, że coraz bardziej oddalam się od Ojczyzny i na dłuższy czas jadę w
nieznane! Krążyliśmy wśród oceanicznych kolosów i wreszcie dotarliśmy do
trzydziestotysięcznika o dość egzotycznej nazwie ACAPULCO, pod banderą
liberyjską, z załogą włoską, który miał nas zawieźć do miejsca
przeznaczenia – Kamerunu.
Wsiedliśmy na statek i zajęliśmy nasze
miejsca. Było osiem kabin na dziesięciu pasażerów. Mnie przypadło
dzielić, niezbyt obszerną kajutę, z O. Szubertem. Złożyliśmy bagaże i
wyszliśmy jeszcze na pokład, aby pożegnać naszych współbraci, którzy
mimo zimnego wiatru wytrwale stali na peronie. Wciągnięto schody na
statek, ostatni łącznik z Europą. Nie zauważyłem nawet, kiedy statek
przy pomocy holownika, powoli i niepostrzeżenie zaczął oddalać się od
brzegu. Ostatnie machanie rąk dla stojących na peronie i powrót do
kajuty, która, przez trzy tygodnie, miała nam służyć za dom. Trzeba było
jakoś się rozgościć.
Nie było wielkich wygód. W kajucie znajdowały
się dwa łóżka z barierkami, by w czasie mocniejszego kołysania nie spaść
na podłogę, szafa na złożenie podręcznego bagażu i umywalka. Ubikacje i
prysznice, z ciepłą wodą, były wspólne.
Była już godzina 20-ta i przeszliśmy do
jadalni na kolację. Tutaj spotkaliśmy towarzyszy podróży. Połowa
pasażerów to kler, czyli piątka Oblatów, jadących do Kamerunu.
Małżeństwo szwajcarskie w średnim wieku, jadące do Wybrzeża Kości
Słoniowej, gdzie zamieszkują na stałe i prowadzą swoje interesy. Młode
małżeństwo afrykańskie, wracające do siebie, do Wybrzeża Kości
Słoniowej. Francuzka, wracająca do Kamerunu, gdzie mieszka na stałe ze
swoją rodziną.
Staraliśmy się zapoznać, ponieważ na
kilkanaście dni byliśmy skazani na wspólne życie na statku. Na kolację
przyszedł kapitan i pierwszy oficer, którzy spożywali posiłek przy innym
stole niż pasażerowie, ale nawiązywali z nami rozmowę, starając się o
wytworzenie dobrej atmosfery.
Po kolacji rozeszliśmy się do swoich „pokoi”.
Na chwilę wyjrzałem na pokład, ale wokoło ciemna noc i żadnego znaku
życia, oprócz świateł naszego statku, hałasu motorów i szumu morza!
Wróciłem do kabiny i zacząłem pisać wrażenia z minionego dnia. Kupiłem
specjalnie dość gruby zeszyt z myślą, że z chwilą wejścia na statek,
zacznę prowadzić dziennik. Opisywałem podróż bardzo regularnie, dzień po
dniu, a po przybyciu na miejsce, jeszcze przez rok notowałem ważniejsze
wydarzenia. Potem przestałem. Te notatki i tak mi się gdzieś straciły. W
czasie pierwszego urlopu dałem komuś do czytania i do mnie więcej nie
wróciły!
Trudno było zasnąć w pierwszą noc. Kiedy się
położyłem czułem kołysanie, do którego nie byłem przyzwyczajony. Nie
myślałem o niczym konkretnym, ani nawet nie starałem się marzyć.
Wyłączyłem się kompletnie i tylko coś drapało mnie w sercu, co starałem
się ze wszystkich sił stłumić! Mój towarzysz nie należał do zbyt
rozmownych i wcale się nie odzywał. Na pewno głęboko przeżywał oddalanie
od Ojczyzny, skoro zaraz po wyjeździe z Polski, po przekroczeniu
zachodniej granicy w Frankfurcie n/Odrą, już go brała nostalgia za
krajem!
Jeżeli chodzi o nas, Oblatów, przed pójściem
na spoczynek, ustaliliśmy program na następny dzień, który stał się
programem na całą podróż, aż do przybycia do Douala w Kamerunie.
Musieliśmy się liczyć z godzinami przeznaczonymi na posiłki. Wstanie
było o dowolnej godzinie i różne ćwiczenia duchowe, na które mieliśmy
wiele czasu, również. Mszę św. odprawialiśmy w salonie, w języku
francuskim ze względu na O. Monachon i musieliśmy ją skończyć przed
śniadaniem. W niedzielę odprawialiśmy o późniejszej godzinie, ponieważ
niektórzy członkowie załogi i pasażerowie chcieli także w niej
uczestniczyć. Walizka kaplica okazała się tutaj bardzo praktyczna, jak
również koncelebrowana msza św., która wtedy wchodziła w życie. Po
skończonej ofierze eucharystycznej, szliśmy na śniadanie a potem, do
obiadu, czas wolny, który każdy wykorzystywał według uznania: lektura,
rozmowy towarzyskie w salonie i na pokładzie, różnego rodzaju gry.
Czasami kapitan, czy jakiś oficer brał udział w naszych grach i
rozmowach. Atmosfera stawała się coraz bardziej rodzinna. Madame, jak
nazywaliśmy Francuzkę jadącą do Kamerunu wiedząc, że tam właśnie jest
przyszłe miejsce naszej pracy, opowiadała ciekawie o Douala i okolicach.
Kamerunu Północnego, gdzie mieliśmy zamieszkać i pracować, nie znała.
Wiedziała tylko, że tam panuje islam! Po obiedzie każdy szedł odpoczywać
na swój sposób i dowolnie spędzać czas do kolacji, która miała miejsce o
19-tej. Ponieważ nie było ani kina ani telewizji, wcześnie szliśmy na
spoczynek!
Tak z grubsza, wyglądało nasze codzienne życie
w czasie trzytygodniowej podróży na statku Acapulco! Oczywiście, były
zmiany w programie i to wielkie, ale o tym później!
Jak wspomniałem, statek należał do armatora
włoskiego, ale pływał pod banderą liberyjską, podobno z powodów
finansowych. Załoga była włoska. Znaliśmy tylko trzy osoby: kapitana,
pierwszego oficera i kucharza, który zarazem podawał pasażerom do stołu
i nazywał się Jovani – Jan. Z Janem utrzymywaliśmy stały kontakt. Mówił
słabo po francusku ale jak wszyscy włosi, używał gestów i szło się
porozumieć. Wtajemniczał nas w życie na statku, a w czasie postojów w
portach, służył za bankiera; wymieniał francuskie pieniądze na dewizy
danego kraju! Przedstawił nas głównemu mechanikowi, który oprowadził
naszą grupę po maszynowni i pokazał, jak wyglądają i działają motory.
Znaliśmy statek od dna po wierzchołek i śmiało mogliśmy się wszędzie
poruszać, na co na pewno nie pozwolonoby nam na statku pasażerskim!
Powoli posuwaliśmy się do przodu na wodach
Morza Sródziemnego a potem, po przepłynięciu Gibraltaru, Oceanu
Atlantyckiego. Inaczej sobie wyobrażałem to słynne miejsce, gdzie zginął
nasz wielki wódz, Generał Sikorski. Do tej pory płynęliśmy nie widząc
lądu a tu powoli z prawej strony wyłania się ziemia i mam wrażenie, że
się przybliża do statku. To Europa. Po jakimś czasie i z lewej widać
niewyraźnie jakieś kontury, które powoli rosną w oczach. To Afryka!
Przepływamy przez cieśninę Gibraltar. Na szczęście jest piękny słoneczny
dzień i po prawej burcie widać wysoką, stromą skałę, której szczyt gubi
się w przestworzach a po lewej ląd afrykański. Po chwili uroczy widok
mamy za sobą i znajdujemy się na Oceanie Atlantyckim, kierując się na
południe wzdłuż wybrzeża Afryki!
Byłem ciepło ubrany, kiedy opuszczaliśmy
Marsylię. Po wpłynięciu na Atlantyk, czuję, że od lądu powiewa ciepły
zefirek. Zaczyna mi być gorąco i ściągam sweter. Następnego dnia ubieram
się w lżejsze rzeczy. W miarę posuwania się na południe zakładam letnie
ubranie a spodnie zmieniam na szorty. Inni pasażerowie postępują
podobnie. Robi się coraz bardziej gorąco, jakiego do tej pory nie
odczuwałem. Upał łagodził niewielki chłodek płynący od wód oceanu.
Dokoła tylko woda i słońce. Pojawiają się
niekiedy pierzaste chmurki. Okazuje się, że na przestrzeniach oceanu nie
jesteśmy sami. Niekiedy bliżej lub dalej widać przepływające statki.
Pojawiają się delfiny, które grupami z lewej i prawej burty, towarzyszą
nam w podróży, wykonując skoki nad powierzchnię wody i ponownie się
chowając w głębiny oceanu. Zrobiło mi się raźniej i cieplej na sercu.
Zaopatrzyłem się w kilka francuskich książek,
aby mieć lekturę na całą podróż. Było też wiele czasu na rozmowy, co
pozwalało na doskonalenie języka francuskiego. Wieczorami podziwiałem
piękne zachody słońca nad oceanem, które właściwie były podobne do
siebie.
Po kilku dniach zbliżyliśmy się do brzegu i
wpłynęli do portu. Pierwszy przystanek w naszej podróży!
DAKAR
To stolica Senegalu. Tutaj postawiłem, po raz
pierwszy w życiu, moje stopy na afrykańskiej ziemi. Zaczynało się
rozwidniać, jak wpłynęliśmy do portu. Ze statku zrzucono liny i zanim
spuszczono schody, pojawili się na pokładzie czarni ludzie. Było ich
około 10. Wdrapywali się po linach, jak małpy. Widać byli wprawieni do
tego rodzaju zajęcia. Pytali o dolary i w swoich żądaniach byli bardzo
natarczywi. Nie zrobiło to na mnie najlepszego wrażenia. Do tego nozdrza
drażnił niesamowicie ostry i przykry zapach, którego z niczym nie można
porównać. Pewnie typowy dla afrykańskich portów.
Po jakimś czasie zjawili się policjanci i
celnicy, którzy nas uwolnili od obecności natarczywych intruzów i
ostrzegli, by się pilnować przed kradzieżą! Jeden z nas – O. Juretzko –
przekonał się tego samego dnia na własnej skórze, że to ostrzeżenie nie
było tylko czczą gadką. Miał otwarte okno od kajuty kiedy na pokładzie
zjawił się jakiś facet, podający się za studenta. Ciekawie rozmawiał i
po jakimś czasie poszedł sobie. O. Juretzko zauważył po chwili, że
zegarek, który miał na stole przy oknie, gdzieś się zapodział. Już go
nie odnalazł. „Student” był wyrobionym spryciarzem bo właściciel zegarka
wcale nie zauważył, kiedy pozbył się swej rzeczy. Stwierdził tylko: „A
tak pięknie ze mną rozmawiał”!
Kiedy byliśmy na pełnym morzu, nie musieliśmy
zamykać naszych pomieszczeń, co w w porcie okazało się konieczne.
Policja wydała pasażerom pozwolenie na zejście
na ląd. Po tak długim czasie przebywania na wodzie, chętnie opuściłem
statek aby udać się do miasta. Wielkim motorem, który mnie pchał na ląd
była ciekawość odkrycia czegoś nowego.
Dzień był piękny, słoneczny i
było bardzo ciepło. Z portu do miasta było może kilometr. Szliśmy całą
grupą a za przewodnika mieliśmy Madame, która znała Dakar, ponieważ w
swoich podróżach do Francji i z powrotem do Kamerunu, często
zatrzymywała się w tym porcie. Dakar, wielka metropolia i stalica
państwa, jakże inny od naszych miast europejskich, wyglądał raczej na
większą wieś. Co kawałek spotykało się sprzedawców owoców, jarzyn, mięsa
i różnych pamiątek. Na każdym kroku trafialiśmy na czyścibutów, którzy
nam chcieli nogi pourywać, by tylko dać im zarobić. Byłem w sandałkach o
dwóch paskach, ale im to wcale nie przeszkadzało by nachalnie zmuszać
mnie aby zdobyć kilka franków. Trudno było się ich pozbyć. Przeszkadzali
nam w zwiedzaniu miasta.
Obejrzeliśmy katedrę i
wstąpiliśmy na plebanię, gdzie nas bardzo mile przyjęto. Wzbudzaliśmy
wielkie zainteresowanie ponieważ nasi rozmówcy niewiele wiedzieli o
kraju, który nazywa się Polska!
Senegal jest krajem, w którym
większa część mieszkańców wyznaje islam, więc często przechodziliśmy
obok meczetów skąd, przez megafony, przekazywano lekturę koranu. Po raz
pierwszy spotkałem się z czymś takim i z zainteresowaniem wsłuchiwałem
się w te melodie, które czasami przypominały nasz śpiew gregoriański.
Wydały mi się nawet piękne, jeżeli wykonawca miał dobry głos i czynił to
starannie! Chciałem wejść do jednego meczetu, by zobaczyć jak to wygląda
wewnątrz, ale Madame powiedziała, że to jest niebezpieczne. Nie umiała
wytłumaczyć dlaczego. Kiedy później bliżej poznałem tę religię
dowiedziałem się, że niewierni nie mają wstępu do meczetu! Muzułmanie
uważają za niewiernych wyznawców innych religii i nadają im różne
pejoratywne nazwy: poganie, psy niewierne! Islam jest najważniejszą
religią świata a ziemia należy do jego wyznawców!
W Dakar spędziliśmy dwa dni,
ale po pierwszym dniu wycieczki miałem dosyć zwiedzania i zostałem na
statku oddając się lekturze, albo spacerowałem po porcie w nadziei
spotkania polskiego statku.
BURZA
Po zakończeniu spraw ładunkowych i związanych
z tym formalności, kiedy statek był gotowy do dalszej podróży,
wypłynęliśmy z portu Dakar około godziny dziewiątej rano. Kiedy byliśmy
na pełnym morzu, w pobliżu wyspy niewolników, skąd kiedyś zabierano
czarnych ludzi na statki by ich rozwozić do różnych krajów Ameryki
Północnej i Południowej, warkot motorów nagle ustał i zrobiła się głucha
cisza! Spuszczono kotwice i statek się zatrzymał. Byliśmy wszyscy
zaskoczeni i zaniepokojeni. Zastanawialiśmy się, co to może być? Okazało
się, że mechanicy robili przegląd motorów. Cała operacja trwała kilka
godzin i około trzynastej na nowo usłyszeliśmy znajomy hałas i po chwili
statek ruszył w dalszą drogę. Marynarze biegali po pokładzie i
sprawdzali, czy samochody i inne pojazdy znajdujące się na pokładzie, są
dobrze przymocowane.
Dzień był piękny i słoneczny,
jak zwykle, a na niebie było trochę pierzastych chmurek. W miarę
posuwania się na południe niebo przed nami stawało się coraz
ciemniejsze. Około godziny szesnastej wjechaliśmy w deszcz, który stawał
się coraz gęstszy. Zerwał się wiatr i statkiem zaczęło kołysać z boku na
bok. Wszyscy pasażerowie spotkali się w refektarzu na kolacji o
wyznaczonej godzinie. Każdy miał poważną minę i nikt specjalnie się nie
odzywał, przeżywając niepokój na swój sposób. Kolacja była bez zupy a
wino podano nie w karafce ale w butelce, która znajdowała się w koszyku
i była dobrze zakorkowana! Statek przechylał się lekko z boku na bok i
trzeba było dobrze się zapierać kolanami o stół aby się nie przewrócić
do tyłu.
W pewnym momencie z powodu większej fali,
statek przechylił się tak mocno, że butelka z winem spadła ze stołu i
zatrzymała się po ścianą. Szwajcar, który sobie przedtem dobrze wypił,
pewnie dla dodania odwagi, pobiegł po nią, ale w tym czasie statek
równie mocno przechylił się w drugą stronę i butelka poleciała pod
przeciwną ścianę, a Szwajcar dostał podłogą w twarz. Dosłownie, nie on
się przewrócił ale podłoga podniosła się do niego. Scena, niesamowicie
komiczna, wywołała ogólny wybuch śmiechu, mimo niepokoju jaki każdy z
pasażerów przeżywał z powodu nadciągającej burzy!
Kapitan uspokajał wszystkich mówiąc, że nie ma
co się bać ponieważ to jest niewielka burza i nie potrwa długo. Próbował
nawet żartować, ale wszyscy mieli raczej kwaśne i niespokojne miny a noc
powiększała jeszcze niepokój i przemieniała go w strach.
Mimo wszystko rozeszliśmy się do swoich kajut
na spoczynek. Leżąc w łóżku, czułem kołysanie mocniejsze niż to, do
którego zdążyłem się przyzwyczaić. Pomyślałem: nie po to Pan mnie posłał
do Kamerunu abym w czasie podróży zginął, pożarty przez jakiegoś
morskiego potwora! Wzbudziłem akt nadziei i to mnie uspokoiło. Do końca
podróży czułem wewnętrzny pokój! Powierzając siebie, pozostałych
pasażerów i załogę opiece bożej zasnąłem spokojnie!
Następnego dnia nie mogliśmy odprawić mszy św.
z powodu kołysania statku i tak było aż do końca burzy. Posiłki
spożywaliśmy w messie oficerskiej, gdzie stoły, ze specjalnymi otworami,
były przygotowane do tego rodzaju okoliczności. Nie podawano zup ani
sosów. Taki stan rzeczy trwał przez kilka dni, aż do zakończenia burzy,
kiedy wszystko wróciło do normalnego stanu.
Motory pracowały całą parą i osobiście czułem,
jak się zmagają z żywiołem. Kiedy fala wynosiła statek do góry, wtedy
ich obroty się zwiększały, bo pracowały w próżni. Gdy statek opadał,
motory stawały i po chwili powoli zaczęły się obracać. Tak było w kółko.
Statek zmienił kierunek i oddalał się od wybrzeża Afryki, płynąc pod
fale dla większego bezpieczeństwa. Czasami miałem wrażenie jakby fale
rozrywały statek.
Na drugi dzień trwania burzy, kiedy odkręciłem
kran umywalki aby się umyć i ogolić, leciała z niego woda koloru
zielonego i czuć ją było rybami. Woda była bardzo słona i mydło nie
chciało się rozpuszczać. W prysznicu nie było ciepłej wody i też leciała
z niego ta sama woda. W żaden sposób nie można było się umyć. Opłukałem
się tą cuchnącą wodą a później cały czas czułem zapach ryb.
Do picia podawano normalną wodę. Okazało się,
że pojemnik z wodą został uszkodzony i dla oszczędności, do kranów
puszczano wodę z oceanu a normalną wodę zachowywano tylko do picia. Taka
sytuacja trwała ponad tydzień, do zakończenia burzy i do przybycia do
Abidżanu, portu i ówczesnej stolicy państwa Wybrzeża Kości Słoniowej.
Nim jednak dotarliśmy do Abidżanu
przeżywaliśmy walkę statku, który wydawał się małą łupinką, z potężnym
morskim żywiołem. Na zewnątrz szalała burza i padał gęsty deszcz więc
najczęściej spędzaliśmy wspólnie czas w salonie, aby w ten sposób
podtrzymywać się wzajemnie na duchu. Madame dostała histerii; płakała,
widziała wszystko w czarnych kolorach; opowiadała z żalem o swojej
rodzinie, której już nie zobaczy. Chciała byśmy cały czas siedzieli
wszyscy w salonie, bo wtedy czuła się nieco bezpieczniej. Małżeństwo
szwajcarskie dodawało sobie odwagi używając mocniejszych trunków. Drugie
małżeństwo z Wybrzeża Kości Słoniowej trzymało się na uboczu i było dość
obojętne na to co dzieje się w około. Kler starał się utrzymywać
równowagę. Po dwóch dniach burzy zdążyliśmy się jakoś przystosować do
sytuacji. Próbowaliśmy coś czytać, ale z powodu kołysania do przodu i do
tyłu nie było to zbyt wygodne. Jeden z nas, O. Szubert, z którym
dzieliłem kajutę, dostał choroby morskiej i od czasu do czasu dzielił
swój posiłek z mieszkańcami oceanu, toteż nie był w najlepszym nastroju.
Innych jakoś ta „przyjemność” minęła!
Kapitan, jak tylko mógł, przychodził do salonu
i spędzał z nami czas na rozmowie. Starał się dodać nam otuchy mówiąc,
że to nic strasznego taka burza; mare tranquillo – czyli morze spokojne.
Może dla niego było ono spokojne ale myśmy to widzieli innym okiem.
Dopiero jak burza minęła powiedział nam, że miała 10° w skali Beauforta.
Od 12° zaczyna się sztorm!
Od czasu do czasu wychodziłem na pokład aby
zobaczyć jak wygląda burza na morzu, nie zdając sobie sprawy z
niebezpieczeństwa. Nikomu o tym nie wspominałem bo mógłbym usłyszeć
„kazanie”. Wystarczyło gwałtowne przechylenie statku i wylądowałbym w
głębinach oceanu! Do tego jednak nie doszło, bo widocznie Pan naprawdę
powołał mnie do pracy w tym dalekim kraju i czuwał nade mną nie tylko w
czasie podróży, ale i później, chroniąc mnie od różnych
niebezpieczeństw! Marynarze od czasu do czasu zjawiali się na pokładzie
aby sprawdzić, czy samochody są dobrze przywiązane. Przechyły statku
miały na nich ujemny wpływ bo oddawali Neptunowi zawartość żołądka!
Stojąc na pokładzie podziwiałem grozę
rozszalałego oceanu. Fale wyglądały jak wysokie pagórki i sięgały 10-ciu
a może i więcej metrów wysokości. Statek wślizgiwał się na ich szczyt a
potem zjeżdżał w przepaść. Groźny ale zarazem majestatyczny widok. Z
zachwytem i podziwem spoglądałem na ten obraz ponieważ nic podobnego w
życiu nie widziałem i zdawałem sobie sprawę, że pewnie więcej nie
zobaczę!
Po kilku dniach rozszalały żywioł zaczął się
powoli uspokajać. Deszcz przestał padać, wyjrzało słońce, przesadne
kołysanie powoli całkowicie ustało i życie na statku wróciło do normy.
Rano mogliśmy znów sprawować ofiarę mszy św. i spożywać posiłki w
refektarzu dla pasażerów, a kapitana z jego oficerem, widywaliśmy już
tylko przy obiedzie i kolacji.
ABIDJAN (Abidżan)
Pewnego dnia dobiliśmy do brzegów Afryki i
wpłynęliśmy do portu w Abidżanie (ówczesnej stolicy Wybrzeża Kości
Słoniowej), gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższy pobyt. Należało usunąć
awarię zbiornika z wodą do picia, stwierdzić szkody jakie burza
wyrządziła i załatwić sprawę z ubezpieczalnią. Wśród pasażerów nastały
pewne zmiany. Dwa małżeństwa, szwajcarskie i to z Wybrzeża Kości
Słoniowej, opuściły statek a dosiadł jeden przedstawiciel firmy
ubezpieczeniowej, który płynął do Douala w Kamerunie! Nas, mego
towarzysza podróży i mnie, przesiedlono do kabiny, którą zajmowało
dotychczas afrykańskie małżeństwo, a przedstawiciela od ubezpieczeń
umieszczono na naszym miejscu. Zastanawialiśmy się, dlaczego tak
postąpiono? Okazało się, że drzwi tej kabiny, do której się
wprowadziliśmy, nie zamykały się od wewnątrz. Niezbyt byliśmy zachwyceni
z takiego obrotu sprawy. Jednak trzeba było przyzwyczaić się do nowego
stanu rzeczy i znaleźć jakieś zamknięcie. Dobrze przynajmniej, że z
zewnątrz można było kajutę zamknąć.
Po wyjściu na ląd
stwierdziłem, że budynki i całe obejście są zadbane lepiej niż w
poprzednim porcie. Rosło tam kilka odmian palm, które do tej pory były
mi nieznane, oraz wiele rodzajów pięknych kwiatów jakich w życiu jeszcze
nie spotkałem. Otoczenie robiło miłe wrażenie, żywa zieleń a klimat jak
w Polsce w lipcu. Miasto było oddalone od portu o kilka kilometrów, ale
po dłuższym pobycie na statku i przeżyciu burzowego stresu z chęcią
poszedłem z innymi zobaczyć coś nowego. Było co oglądać. Budynki jak w
Europie. Ulice zadbane. Magazyny jak w Paryżu! Madame, służyła nam za
przewodnika i opowiadała, że mieszka tutaj bardzo liczna wspólnota
Francuzów, którzy prowadzą różne interesy!
Weszliśmy do jednego wielkiego magazynu o
nazwie PRISUNIC. Gigant samoobsługowy! W środku klimatyzacja i wszystko
jak w Paryżu w magazynie o tej samej nazwie, który znajdował się na
Avenue Mozart niedaleko naszego miejsca zamieszkania i gdzie najczęściej
robiliśmy zakupy! Na chwilę zapomniałem, że znajduję się w Afryce.
Obsługa i klienci to same blade twarze! Dość długo przebywaliśmy w tym
sklepie aby nacieszyć się także chłodem, który dawała klimatyzacja.
Przeszedłem wszystkie regały i zatrzymałem się
przy książkach. Jak i co tu wybrać w takim oceanie literatury? Szukałem
coś z czasów współczesnych, z serii „Livres de Poche” (książka
kieszonkowa) i wzrok mój padł na dziwny tytuł „L’Impure” (nieczysta),
francuskiego autora Guy des Cars. Wziąłem ją do ręki by przeczytać
krótkie streszczenie na ostatniej stronie okładki, kiedy podeszła do
mnie Madame i powiedziała, że to bardzo dobra i interesująca książka,
którą kiedyś czytała i była zachwycona. Kupiłem ją oraz kilka drobnych
rzeczy i wyszliśmy ze sklepu dopiero jak nam zaczynało być zimno.
Na zewnątrz temperatura była bardzo wysoka i
miałem wrażenie, że zbliżyłem się do jakiegoś mocno rozgrzanego pieca.
Nadchodziło południe, na niebie nie było widać żadnej najmniejszej nawet
chmurki, a słońce niemiłosiernie prażyło. Po przebyciu kilku kilometrów
w takich warunkach czułem jak koszula przylepia się do pleców. Po
obiedzie poszedłem odpocząć, ale nie mogłem zasnąć z powodu
niezamykających się drzwi! Próbowałem szukać rozwiązania, co w tych
warunkach nie było łatwe a mój towarzysz podróży wcale się tym nie
przejmował i tylko mruczał, „kto ci tu wejdzie”. W nocy szybko zmienił
zdanie!
Około północy obudził mnie jego wrzask: „laisse,
laisse”, co znaczy zostaw, nie ruszaj! W światłach portowych na tle
okna, ujrzałem cień kobiecej postaci, która stała przy jego łóżku. Kiedy
się poruszyłem kobieta spostrzegła, że tamten nie jest sam i opuściła
kajutę. Drzwi otwierały się w ten sposób, że zasłaniały moje łóżko,
znajdujące się po przeciwnej stronie okna, więc pani wystartowała do
łóżka, które znajdowało się w zasięgu jej wzroku. Nie zamknięte drzwi,
znak, że ktoś potrzebuje jej usług, były jakby zaproszeniem! Dopiero
później dowiedzieliśmy się od polskich marynarzy, że w portach panują
takie właśnie zwyczaje. Mój towarzysz już nie spał do rana tylko biegał
po kajucie szukając sposobu na zamknięcie drzwi. Popodpierał je
walizkami i czuwał do świtu aby historyjka, którą przeżył już się nie
powtórzyła. Następnego dnia ponaglał mnie aby znaleźć sposób, by drzwi
zamknąć od wewnątrz.
Ponieważ do miasta było dość daleko więc
spacerowałem po porcie, szukając jakiegoś polskiego statku. Moje
oczekiwanie spełniło się pewnego dnia. Po śniadaniu stałem na pokładzie
i zauważyłem zbliżający się statek. Miałem wrażenie, że widzę biało
czerwoną banderę. Zawiadomiłem moich współziomków, którzy szybko
wybiegli na pokład. Statek przybliżał się i coraz wyraźniej było go
widać. Gdy podpłynął na odległość wzroku widać było jego nazwę RADAMA
lub Ramada i biało czerwoną banderę z białym orłem, umieszczoną na
rufie. Na maszcie były dwie flagi, polska i Wybrzeża Kości Słoniowej.
Nie było wątpliwości, że wkrótce spotkamy rodaków na obcej ziemi.
Wypatrywaliśmy teraz miejsca, do którego statek przycumuje. Kiedy
miejsce było już pewne, wybiegliśmy na peron aby przywitać polskich
marynarzy. Wszyscy byli ubrani na biało i stali w idealnym porządku, po
jednej i drugiej stronie masztu, aż do zatrzymania statku.
Spuszczono schody i weszli policjanci i
celnicy. Po załatwieniu formalności kilku polskich marynarzy zeszło na
ląd. Wtedy podeszliśmy do nich. Byli zaskoczeni i zdziwieni, ale
ucieszyli się spotkaniem rodaków. Oczywiście, chcieli nas ugościć po
polsku i zapraszali do wejścia na statek. Ponieważ zbliżało się południe
i czas na obiad więc ustaliliśmy spotkanie na inny czas i
powiedzieliśmy, że przyjdziemy z Francuzami. Zgodzili się a my
wróciliśmy na nasz statek.
Po południu poszliśmy na „kawę” do naszych
rodaków. Przyjęli nas po polsku. Ugościli chlebem z kraju, którego nie
kosztowaliśmy od wielu miesięcy. Była szynka, kiełbasa i wiele innych
dobrych, polskich rzeczy. Rodacy przepraszali nas, że brak im jednego –
dobrej, polskiej wódki. Mówiliśmy, że to nic nie przeszkadza i cieszymy
się ze wszystkiego co jest. Jesteśmy zadowoleni ze spotkania polskich
marynarzy na obczyźnie. Nie chcieli dać się przekonać. Jeden z marynarzy
pobiegł rozejrzeć się po porcie. Po chwili wrócił z butlą
dwudziestolitrową, w której było dobre, hiszpańskie wino. Kupił je u
hiszpańskich marynarzy i powiedział, że mniejszych butli nie mieli.
Skosztowaliśmy a O. Monachon, Francuz, uznał, że jest dobre i nie
wzbraniał się wcale jak mu dolewano. Mówił, że nareszcie po tylu dniach
picia kiepskiego wina do obiadu jakie podawano na naszym statku,
kosztuje coś co cieszy podniebienie.
Na naszym statku podawano wino z proszku,
które rozpuszczano w wodzie. Pewnego razu podali na stół wino jeszcze
niedostatecznie rozpuszczone i było wyraźnie widać w szklance wino
rozdzielone od wody. O. Monachon powiedział wtedy, że nigdy nie widział
czegoś podobnego! Teraz, kiedy miał przed sobą dobre wino chętnie
kosztował. Madame, która była z nami uznała także wino za dobre. My,
Polacy nieznający się wiele na smaku wina, przytakiwaliśmy tylko, że
jest dobre. Przy dobrym winie humory wszystkim dopisywały i nawet nie
zauważyliśmy, że nadszedł czas na kolację i trzeba było wracać do
siebie. Zaprosiliśmy polskich marynarzy na nasz statek. Chętnie na to
przystali i powiedzieli, że chcieliby skorzystać ze sakramentów i
uczestniczyć we mszy św. ponieważ przez wiele miesięcy pływania na morzu
byli pozbawieni posługi kapłańskiej!
Następnego dnia rano przyszła ich spora grupa.
Wyspowiadali się a potem gorliwie uczestniczyli w eucharystycznej
ofierze do tego stopnia, że czytali z nami cały tekst mszy łącznie ze
słowami konsekracji! Mszę św. odprawialiśmy w ojczystym języku a teksty
zdobyliśmy u Polaków we Francji. O. Monachon, chociaż nie rozumiał
języka, był pełen podziwu dla pobożności polskich marynarzy, co nas
bardzo radowało!
Polski statek zatrzymał się w Abidżanie na
dwie doby a potem popłynął dalej. Przez ten czas odwiedzaliśmy się
wzajemnie. Polscy marynarze przychodzili do nas na ucztę duchową a my na
kosztowanie polskich produktów i oglądanie filmów. Rodacy mieli dobrze
zaopatrzoną bibliotekę i sporo ciekawych filmów.
Po dłuższym postoju w Abidżanie, nadszedł
wreszcie czas na ACAPULCO opuszczenia portu i udania się w dalszą
podróż. Szkody po burzy zostały naprawione, formalności z ubezpieczalnią
załatwione, towary załadowane więc pewnego dnia przed południem
opuściliśmy port, w którym przebywaliśmy cały tydzień! Następnym etapem
podróży był kraj o nazwie Dahomey, dzisiejsze Benin.
COTONOU
Miasta portowe w Afryce były zarazem stolicami
wielu krajów. Tak było w Dahomey’u (dzisiejszym Benin). Jest to
niewielki kraj, o porcie bez większego znaczenia, który nazywa się
Cotonou. Nasz statek miał tutaj wyładować towar, który wiózł z Marsylii
i ewentualnie załadować na to miejsce inny, przeznaczony do Kamerunu,
ponieważ tam kończył swój rejs.
Pewnego dnia znów usłyszeliśmy warkot motorów
i wypłynęliśmy z Abidżanu na pełne morze. Niebo było pogodne a słońce
przypiekało jak to tylko w Afryce jest możliwe. Płynęliśmy coraz
bardziej na południe, bliżej równika i pewnego dnia znaleźliśmy się w
Cotonou. Postój trwał krótko i mieliśmy możliwość pójścia na plażę, z
której pięknie było widać nasz statek. Ocean wyglądał dość groźnie.
Ponieważ nad morzem – Bałtykiem – byłem tylko raz w życiu więc z
zachwytem i podziwem patrzyłem na ogrom wody, który miałem przez oczyma
i wsłuchiwałem się w jego potężny szum! Widziałem coś dziwnego – w
odległości kilkuset metrów, wody oceanu były przynajmniej dwa metry
wyżej od poziomu plaży. Wyglądało to ciekawie i groźnie. Nie znając
przyczyn tego zjawiska, bezpieczniej było trzymać się od niego w
bezpiecznej odległości.
Przeładunek towaru poszedł
zgrabnie i szybko i po jednym dniu postoju w Cotonou, podjęliśmy ostatni
etap podróży morskiej. Następny port to miasto Douala w Kamerunie, które
w przeciwieństwie do poprzednich, nie jest stolicą kraju!
Józef Leszczyński omi