Strona główna

Nieoficjalny i niezależny serwis poświęcony miastu Bierutów

   

Nasz rodak w Kamerunie

Autor: Józef Leszczyński Oblat Maryi Niepokalanej

 

5. Kontakty z Polonią francuską

La Ferté sous Jouarre, malownicza miejscowość jest położona niedaleko Paryża, dawne centrum Oblatów Polonii francuskiej z drukarnią, skąd wychodziły Głos Katolicki, tygodnik dla uchodźców i Niepokalana, miesięcznik. Tutaj też przed laty był nowicjat, czyli rok przygotowawczy do życia zakonnego, dla kandydatów do naszego zgromadzenia, pochodzenia polskiego. Superior tamtejszej wspólnoty, O. Konrad Stolarek OMI, zaprosił nas abyśmy poznali ten ważny dla emigracji ośrodek i zaproponował wycieczkę - pielgrzymkę do Lisieux, wielkiego centrum duchowego, na dzień Wniebowstąpienia, który we Francji jest dniem wolnym od pracy i nauki.

W dzień Wniebowstąpienia, rano, byliśmy gotowi do wyjazdu. Około 9-tej przyjechał Brat Jaskólski, Oblat, busikiem na dziewięć osób, marki Volkswagen i udaliśmy się w drogę. Wyjeżdżaliśmy po raz pierwszy autostradą za Paryż. Wszystko dla mnie było nowością. Dzień był słoneczny i można było oglądać zmieniające się krajobrazy. Dzisiaj (marzec 2006) nie pamiętam wszystkiego w detalach ponieważ od tamtego czasu upłynęło 37 lat! Przypominam sobie, że byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni i w dobrych humorach. Podróż autostradą trwała około dwóch godzin. Celem naszej wycieczki, która też częściowo była pielgrzymką, był klasztor Karmelitanek w Lisieux, w Normandii. Zwiedziliśmy, co było możliwe i modliśmy się na grobie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Kupiliśmy kilka pamiątek. Osobiście nabyłem wtedy, po francusku, Dzieje Duszy św. Teresy od D. J. Znałem tę książkę po polsku a kupiłem ją w języku francuskim aby się w nim wprawiać i zaznajomić z terminami duchowymi.

Do Lisieux wróciłem jeszcze za kilka miesięcy z polską pielgrzymką, ale wtedy nie byłem już tak swobodny, ponieważ brałem udział w ceremoniach i obsługiwałem konfesjonał.

Oblaci z La Ferté służyli pomocą duchową polskim emigrantom, którzy byli rozrzuceni po całym regionie Szampanii. Byli to ludzie w podeszłym wieku, którzy doznali wiele przykrości a mało się dorobili. Całe życie pracowali jako robotnicy rolni. Brat Jaskólski jeździł po okolicznych wioskach i zwoził chętnych na mszę św. do Meaux, położonego niedaleko La Ferté. Tam w klasztorze zakonnic Oblaci odprawiali dla nich nabożeństwa. Przełożony Oblatów z La Ferté zaproponował abyśmy zajęli się tą polską wspólnotą a jako wynagrodzenie, taca zbierana w czasie mszy miała iść na nasz użytek. Po zastanowieniu, zgodziliśmy się pamiętając, że naszym pierwszym celem jest nauka francuskiego! Z Paryża był dobry dojazd pociągiem więc jeździliśmy, każdą niedzielę kto inny z naszej czwórki. Po jakimś czasie wszystko spadło na najmłodszego, czyli na mnie. Były niedziele, że taca nie pokryła nawet ceny biletu, ale wtedy Superior dokładał. Kiedy rozpoczęły się jesienne chłody, praca duszpasterska została przerwana!

Bardzo mile wspominam spotkania z tymi starszymi osobami. Widać było, że brak im kapłana i regularnego życia parafialnego. Cieszyli się jednak tym, co mieli. Nie mieli łatwego życia i wielu z nich przetrwało dzięki wierze i regularnym odwiedzinom duszpasterzy emigracyjnych w ich domach!

Kilka lat później, będąc w drodze z Kamerunu do Polski brałem udział w uroczystości odpustowej w niewielkiej miejscowości, już dziś nie pamiętam nazwy. Zjechali się Polacy z okolicznych wiosek wraz z rodzinami. Przydzielono mi do obsługi konfesjonał w czasie uroczystej mszy. Dobrze pamiętam, że był bardzo niewygodny a podłoga podgniła i musiałem uważać, gdzie stawiam nogę, aby jej nie zarwać! Mimo, że był tak sfatygowany, jednak był czysty. Na szczęście, nie było wielkich tłumów do spowiedzi i już na ofiarowanie byłem wolny. Poczułem ulgę i chciałem wyjść. Nagle stało się coś, co mnie przeraziło. Poczułem, dosłownie, jak jakaś siła wewnętrzna nie pozwalała mi się ruszyć. Próbowałem kilka razy wyjść, ale ciągle to samo: siedź, słyszałem jakiś wewnętrzny głos! Po co siedzieć, kiedy już nie było nikogo do spowiedzi?

Zbliżała się Komunia i wtedy zrozumiałem, dlaczego miałem siedzieć, jakby w oczekiwaniu na kogoś. Podszedł do konfesjonału mężczyzna  w bardzo podeszłym wieku i wyznał, że trzydzieści lat nie był u spowiedzi. To na niego Ktoś kazał mi czekać.

Nawet dzisiaj, kiedy wspominam to wydarzenie, ciarki mnie przechodzą i czuję się równie wstrząśnięty, jak tamtego dnia!

 W połowie czerwca 1969 roku przybyli na naszą uczelnię polscy Oblaci O. Edward Szymeczko i O. Leon Brzezina, którzy od dwóch lat pracowali wśród francuskiej Polonii w Północnej Francji. Jeden był na placówce w Mazingarbe a drugi w Noeux-les-Mines. Zapisali się na kurs języka francuskiego, którego dobra znajomość była im potrzebna w kontaktach z młodzieżą polskiego pochodzenia, która słabo już mówiła po polsku, ale chciała zachować tradycję Ojców i przychodziła do świetlicy przy polskim kościele. W końcu tygodnia ojcowie, Edward i Leon, wracali do swoich parafii aby w niedziele służyć pomocą duchową polskim wspólnotom.

To oni zaproponowali naszej czwórce abyśmy się zapoznali z duszpasterstwem polonijnym. Mimo wytężonej nauki, zgodziliśmy się. Wyjeżdżaliśmy w soboty rano i wracaliśmy w niedziele po południu, aby w poniedziałek być już na uczelni. Samochód, Citroën 2CV, czyli słynna dwukonka, był zbyt mały abyśmy mogli jeździć we czwórkę, więc jeździliśmy po dwóch, oczywiście, wraz z Ojcami Edwardem i Leonem. O. Leon prowadził i podziwiałem go, jak zgrabnie przepychał się ulicami Paryża do autostrady a potem gnał z „zawrotną” szybkością 80 km/h w kierunku Lille (samochód więcej nie wyciągnął). Następnie zjeżdżał na zwykłą drogę i tak dojeżdżaliśmy do Mazingarbe, gdzie O. Edward wysiadał wraz z moim towarzyszem, a O. Leon wiózł mnie do Noeux-les-Mines, gdzie proboszczem był O. Piotr Puzyński OMI, który przyjmował nas z otwartym sercem i szerokim uśmiecham na twarzy.

Przyjeżdżaliśmy zwykle w soboty koło godziny jedenastej. Był zwyczaj, że Oblaci z pobliskich miejscowości zjeżdżali się każdego dnia do Vaudricourt na obiad, gdzie inna grupa prowadziła szkołę średnią oraz internat dla chłopców z polskich rodzin. Był to wielki ośrodek polskości znany całej polonij francuskiej, który prowadzili Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Tutaj odbywały się zjazdy przeróżnych organizacji polonijnych dorosłych i młodzieży. Stąd wyszli polscy księża, lekarze, sędziowie i adwokaci a także politycy, którzy potem rozsiali się po całej Francji. Z czasem, kiedy kruszyły się szeregi polonijne, szkoła i internat przestały istnieć. Obecnie mieszkają tam Oblaci, którzy już nie mają sił aby pracować po parafiach a resztę zabudowań wypożycza się na różne konferencje, zjazdy i kolonie dla dzieci.

Tutaj poznałem organizacje religijne, które istniały w Polsce przed drugą wojną światową. Każda miała swój sztandar i swoje znaki. Dla mnie to wszystko było nowe i nieznane. Brałem udział w rocznicach patriotycznych, których w Polsce nie obchodzono. Podziwiałem emigracyjną młodzież, która licznie zjeżdżała do Vaudricourt na różne zloty aby podtrzymywać tradycję Ojców i polskiego ducha mimo, że z językiem polskim miała już trochę trudności.

Stąd jeździłem na obchody upamiętniające różne bitwy, aby oddać cześć poległym, a zwłaszcza Polakom, którzy brali udział w bitwach na różnych frontach świata! Były wtedy uroczyste msze na cmentarzu, z udziałem licznie zebranych Polaków i polskiego duchowieństwa, polskich organizacji polonijnych, kombatantów, władz francuskich, pocztów sztandarowych, orkiestrą. Wszystko to wyglądało wspaniale, bardzo okazale, podnosiło na duchu i wzmacniało dumę narodową. Przychodziła refleksja, dlaczego w Polsce to wszystko zostało zaniedbane, ukryte, zabronione!

15-go sierpnia każdego roku Francja obchodzi święto patronalne i organizuje ogólnokrajową pielgrzymkę do Lourdes, słynnego na cały świat miejsca objawień Niepokalanej Dziewicy. Polska Misja Katolicka łączy się z narodem francuskim i organizuje także polonijną pielgrzymkę do tego sanktuarium.

15-go sierpnia 1969 miałem okazję być w Lourdes, dokąd zabrałem się z pielgrzymami parafii Potigny z Normandii, gdzie proboszczem był w tym czasie, nieżyjący już, O. Franciszek Zając OMI. Parafia pokryła koszty podróży i pobytu w hotelu misjonarzy, którzy udawali się do Kamerunu. Było około 80-ciu pielgrzymów, czyli jeden autokar. W drodze modliliśmy się, śpiewali polskie pieśni, zwłaszcza do Matki Bożej, głosili konferencje duchowe. Na miejsce dotarliśmy późną nocą. Mniej więcej sto kilometrów przed Lourdes, wjechaliśmy w deszcz a wycieraczki nie działały. Wszyscy byli trochę zaniepokojeni. Długo nie można było naprawić usterki, ale w końcu jakoś się udało. Do hotelu przyjechaliśmy późno i byliśmy wystarczająco zmęczeni;  marzyliśmy tylko o łóżku i odpoczynku. Do pokojów zaprowadzili nas panowie z obsługi i tu nam się zdarzył śmieszny incydent!

Po odprowadzeniu Ojca Zająca do jego pokoju, ten sam pan zaprowadził nas dwóch pozostałych do pokoju, który dzieliliśmy na czas pielgrzymki. Powiedziano nam, że trzeba dać napiwek za przysługę. To było też coś nowego, z czym w Polsce się nie spotykałem. Kiedy nasz przewodnik wniósł walizki, chcieliśmy mu dać napiwek. On jednak się wykręcał i nie chciał wziąć. Wciskaliśmy mu ten słynny napiwek i doszliśmy aż do windy, a on ciągle odmawiał i nie wziął! Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że był to sam właściciel hotelu! Musieliśmy mieć ciekawe miny!

Po śniadaniu wybraliśmy się najpierw do groty objawień na modlitwę a następnie  odprawialiśmy pielgrzymkę według ustalonego planu. Grota i myśl, że tu kilka razy obecna była Maryja, Matka Boga zrobiło na mnie wrażenie trudne do opisania!

Główne uroczystości były przewidziane na 15-go sierpnia z nocnym czuwaniem i mszą o północy. Były kazania po polsku i polskie śpiewy maryjne. Czułem się jak w Częstochowie. Mnie przypadł dyżur w konfesjonale.

Jednego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do Gavarni nad granicę hiszpańską, gdzie podziwiałem wspaniałe cuda natury i po raz pierwszy widziałem „wieczne śniegi” na szyczytach gór. Na szczęście pogoda wtedy była wspaniała i widoczność bardzo dobra.

Pielgrzymka do Lourdes, to było wielkie przeżycie, które jednak z upływem czasu się zaciemnia. Dziękuję Bogu za tę łaskę, że mogłem być w miejscu gdzie Matka naszego Pana dotykała ziemi swymi stopami i modlę się za tych, którzy mi to umożliwili, pokrywając koszta podróży i pobytu w Lourdes.

Po pielgrzymce, po dwóch tygodniach nieobecności, wróciłem na Alliance Française, do mojej klasy. Profesorka, starsza pani zauważyła, że moje miejsce było zbyt długo puste. Przeprosiłem i powiedziałem, że byłem w tym czasie na pielgrzymce w Lourdes, co uznała za wystarczające usprawiedliwienie. Niewiele straciłem, jeżeli chodzi o materiał i łatwo nadrobiłem.

Wróciłem do normalnego planu i niedzielnych wyjazdów do polskich parafii a w Boże Narodzenie zakończyłem kontakt z Polonią.

Były to pierwsze święta poza Ojczyzną; wszystko niby jak w Polsce a jednak inaczej. Nie było wigilii, ale tzw. reveillon na sposób francuski; czyli uroczyste spotkanie po pasterce. Pasterkę, pierwszą w życiu, odprawiałem we wspólnocie polskiej w Bethune o godzinie 22-giej. Zawiózł mnie tam O. Krachulec OMI z Vaudricourt a on sam pojechał dalej, do innej polskiej wspólnoty. Kościół był pełny a większość stanowili Francuzi. Odprawiałem jednak po polsku, bo tak było przewidziane i kolędy śpiewano także w naszym języku. Żałowałem, że nie byłem poinformowany o takiej sytuacji i nic nie przygotowałem w języku francuskim, a tak „od serca” (bez przygotowania) nie czułem się zbyt pewnie aby coś przemówić! Po zakończeniu pasterki czekałem trochę na powrót O. Krachulca i wspólnie wróciliśmy do Vaudricourt, dokąd zjechali się Oblaci z okolicznych placówek na świętowanie Bożego Narodzenia.

Po świętach wróciłem do Paryża dokończyć przygotowań do największej podróży mego życia!

                                                                              Józef Leszczyński omi


Wstęp 1.Przypadek - Wola Boża? 2.Przygotowania do wyjazdu 3.Wyjazd z Polski i pobyt we Francji 4.Alliance Française 5. Kontakty z Polonią francuską 6. Największa podróż mojego życia