Strona główna

Nieoficjalny i niezależny serwis poświęcony miastu Bierutów

   

Nasz rodak w Kamerunie

Autor: Józef Leszczyński Oblat Maryi Niepokalanej

 

4. Alliance Française

Nie było czasu do stracenia i w pierwszy poniedziałek po naszym przyjeździe do Paryża udaliśmy się na Alliance Française przy bulwarze Raspail. To wielkie centrum nauki języka i kultury francuskiej gdzie studiują obcokrajowcy z całego świata i po zdobyciu dyplomu, mogą wszędzie, poza Francją, wykładać język francuski! O. Hryniewicz zawiózł nas tam metrem (kolejką podziemną) i przy okazji pouczał, jak posługiwać się tym środkiem lokomocji, z którym spotkałem się po raz pierwszy w życiu. Okazał się bardzo praktyczny i byłem nim zachwycony! Można było bez trudności i szybko poruszać się po Paryżu.

Nasz przewodnik, naukowiec, nie widział dla nas lepszego kursu do nauki języka jak tzw. acceleré (przyśpieszony), który trwał trzy miesiące.Twierdził, że z naszą znajomością francuskiego powinniśmy dać sobie radę, a na kurs normalny szkoda czasu! Nie mieliśmy żadnej idei co do tego i zgodziliśmy się bez problemu. Potem, na własnej skórze odczuliśmy, co to "kurs przyśpieszony". To raczej dla takich, którzy są we Francji od jakiegoś czasu i już nieźle posługują się miejscowym językiem a chcą nauczyć się dobrze czytać, pisać i poprawnie mówić.

Ucieszyliśmy się kiedy, zapisując się na uczelnię, spotkaliśmy przy kasie pierwszego w życiu Kameruńczyka. Studiował medycynę w Rosji i jechał na wakacje do ojczyzny. Rozmawialiśmy przez jakiś czas a kiedy dowiedział się, że jedziemy tam jako katoliccy misjonarze zamilkł i zmienił miejsce w kolejce. Zastanawialiśmy się dlaczego, ale nie znaleźliśmy odpowiedzi.

Wpłaciliśmy, co należało, w porównaniu z obecnymi świadczeniami, było to niewiele a w dodatku, jako misjonarze, otrzymaliśmy 25% zniżki. Każdemu z nas dano kartę studencką i numer sali wykładowej, którą odkryliśmy następnego dnia! Znajdowała się na czwartym piętrze, właściwie na poddaszu. Była niewielka i tylko najwyżej na 10-ciu studentów. To co było charakterystyczne - nie miała żadnego okna. Podwójne drzwi były zawsze otwarte i ciągle paliło się światło. Obok była taka sama sala z indywidualnymi kabinami w których były zainstalowane stoliki z magnetofonami i słuchawkami.

Następnego dnia wyszliśmy z domu dość wcześnie aby udać się do pobliskiej stacji i musieliśmy bardzo uważać, gdzie stawiamy nogi, by nie wpaść w poślizg na psich odchodach. Już bez żadnego przewodnika, pojechaliśmy metrem na uczelnię. Ten środek lokomocji jest łatwy do rozszyfrowania i nawet nie znając Paryża można bez problemu trafić gdzie się chce! Przyjechaliśmy jeszcze przed otwarciem klasy. Lekcja zaczynała się o 830 i trwała półtorej godziny. Po raz pierwszy spotkaliśmy naszą profesorkę, Madame Benjamin (czytaj Bężamę), która ledwo wyszła z windy i zanim otworzyła drzwi, już zaczęła z nami rozmowę. Weszliśmy do klasy i w oczekiwaniu na następnych kandydatów do nauki francuskiego, zaczęła z nami lekcję. Powoli klasa się napełniła i w sumie było nas dwunastu! Narodowościowo, grupa dość zróżnicowana. Było nawet dwóch Polaków z polskiej ambasady i jedna polska Szarytka, która wyjeżdżała do Turcji.

Niektórzy z tego grona studentów dobrze już mówili po francusku, nawet za dobrze, bo używali żargonu, co było niedopuszczalne na Aliance Française. Profesorka tylko powtarzała: tu się uczymy mówić poprawnie i nie używamy języka, którym mówią Francuzi. Dla nas brzmiało to dziwnie ale później zauważyliśmy, że wielu z nich mówi niedbale i "na skróty."

Pani Benjamin pokazywała odpowiednie obrazki do każdej lekcji a my musieliśmy opowiadać, co na nich widzimy. Kazała pozamykać książki i zeszyty a tylko uważnie słuchać i odpowiadać na jej pytania. Do takiej metody nie byłem przyzwyczajony ale gdy kilku studentów powtórzyło poprawnie odpowiedź, mózg ją rejestrował! Potem trzeba było też zanotować pewne ćwiczenia aby je utrwalać w domu, by się nauczyć w szybkim tempie poprawnie mówić po francusku.

Po półtorej godziny takiej gimnastyki umysłowej, człowiek był już zmęczony. Pani Profesor okazała się prawdziwym "belfrem" i zapominała patrzeć na zegarek. Często przeciągała lekcje i to nie o kilka minut ale o pół godziny, a nawet więcej. Podziwialiśmy jej zapał i staraliśmy się jak najwięcej skorzystać z jej wykładów. Zauważyła, że jesteśmy trochę słabi na ten kurs więc robiła wszystko by nas podciągnąć. Dowiedziała się, że jedziemy na misje do Kamerunu i musimy dobrze opanować francuski więc przyjeżdżała wcześniej na uczelnię i zaraz zaczynała z nami lekcję. Inni studenci przyjeżdżali dopiero dwadzieścia minut później.

Po powrocie do domu, nie było wiele czasu na odpoczynek. Trzeba było odprawić ćwiczenia duchowe i iść na obiad, który we Francji trwa nieco dłużej niż w Polsce. Po południu odrabianie ćwiczeń pisemnych i ustnych z francuskiego zabierało sporo czasu. Przełożony domu zbierał nas o piątej po południu na konwersację abyśmy nabierali wprawy w rozmowie. Trzymał nas aż do tzw. oracji. Po kolacji oglądaliśmy dziennik, z kórego na początku nic nie mogliśmy uchwycić. Potem ucho się przyzwyczaiło. Profesorka każdego dnia pytała wszystkich studentów, co nowego usłyszeli w radio, telewizji czy wyczytali w gazecie. Trzeba było podać przynajmniej jedną wiadomość.

Po kilku dniach, kiedy Pani Profesor podpisała nam legitymacje (robiła to każdego miesiąca), nasza studencka grupa zaczęła się zmniejszać. Jak się okazało, dla niektórych był to wybieg aby móc przedłużyć pobyt we Francji. Byli oficjalnie na uczelni a nieoficjalnie często pracowali "na czarno"!

Po miesiącu nauki, przed zakończeniem lekcji, przechodziliśmy do drugiej sali znajdującej się obok, na ćwiczenia ustne, które się nagrywały na magnetofon. Tutaj sprawdzaliśmy postępy w opanowywaniu francuskiego. Profesorka mogła słuchać i w razie potrzeby poprawiać każdego z nas, nie przeszkadzając innym.

Nasze grono zmieniało się właściwie co miesiąc. Jedni odchodzili a przybywali nowi. Miałem okazję poznać wiele osób ze wszystkich zakątków świata. Był nawet Japończyk, profesor historii z uniwersytetu w Tokjo. Wyznawał religię buddyjską ale bardzo się interesował chrześcijaństwem. Po lekcjach wiele czasu rozmawialiśmy na tematy religijne w celach informacyjnych.

Oficjalnie na uczelni zabronione były wszelkie dyskusje na dwa tematy: religijny i polityczny. Jak tylko ktoś zaczynał o polityce lub religii, profesorka wkraczała do akcji aby go uspokoić a w jej oczach pojawiał się lęk. W pobliżu szkoły otwarto świetlicę prowadzoną przez osoby duchowne i zapraszano studentów dla ćwiczenia się w języku francuskim. Chodziłem tam czasami i miałem okazję podziwiać młodzież francuską, płci obojga, jak bezinteresownie poświęcała swój czas na rozmowy z obcokrajowcami; jak cierpliwie poprawiała ich błędy; jak tłumaczyła zasady gramatyki i uczyła poprawnej wymowy! Był też czas na rozważanie Pisma św. a raz w tygodniu była sprawowana Eucharystia. Świetlica była dostępna dla wszystkich bez żadnej różnicy narodowej czy religijnej! Szanowano przekonania każdego i nie zmuszano nikogo aby został na rozważaniu Pisma św. czy Eucharystii.

W czasie pobytu w Paryżu, miałem okazję zwiedzić słynne w świecie muzeum, Louvre. W soboty i niedziele wstęp był wolny i dlatego mogłem korzystać z okazji, dokąd nie zaangażowano mnie do pomocy w parafiach polonijnych.

Po trzech miesiącach kursu intensywnego był egzamin, który rozdzielił naszą czwórkę. Każdy dostał się na inny stopień normalnej nauki fracuskiego. Dla mnie nastał teraz odpoczynek po kilku miesiącach harówy. Tempo było o wiele wolniejsze i można było odetchnąć. Dostałem się na IV stopień (degré), jak to nazywano i po jego ukończeniu mogłem zdobyć dyplom z uprawnieniem nauczania francuskiego we wszystkich krajach świata, oprócz Francji. Niestety, egzaminy dyplomowe miały się odbyć w styczniu 1970 roku a w końcu listopada 1969 zakończyłem naukę ponieważ w połowie grudnia mieliśmy wyjechać do Kamerunu.

                                                                              Józef Leszczyński omi


Wstęp 1.Przypadek - Wola Boża? 2.Przygotowania do wyjazdu 3.Wyjazd z Polski i pobyt we Francji 4.Alliance Française 5. Kontakty z Polonią francuską 6. Największa podróż mojego życia