|
3. Wyjazd z Polski i pobyt we Francji
Nadszedł dzień 1-szy maja 1969 roku, który dla innych był normalnym dniem a dla mnie szczególnym, bo właśnie w tym dniu o godzinie 18-tej (z pewnym opóźnieniem) wsiadłem do pociągu Moskwa - Paryż na dworcu Głównym w Poznaniu i opuściłem Polskę z pięcioma dolarami w kieszeni, bo tylko tyle można było zabrać ze sobą i dwoma walizkami napełnionymi najpotrzebniejszymi rzeczami. Stawiałem sobie wiele pytań, na które nie było odpowiedzi. Miałem masę wątpliwości, które przeszkadzały mi zebrać myśli. Gdy pociąg ruszył zjawiła się straż graniczna i celnicy. Sprawdzili dokumenty, spytali o bagaże i poprosili aby otworzyć jedną walizkę. Los padł na najstarszego z nas. Nic specjalnego tam nie było, trochę rzeczy osobistych i kilka książek. Dla nas wszystko odbyło się spokojnie. Gorzej powiodło się Pani, która wracała do siebie, do Maroka ze swą dziesięcioletnią córeczką. Wyproszono nas z przedziału i długo przeglądano jej bagaże!
Pociąg dojechał do Odry i zatrzymał się. Miałem wrażenie, że wjeżdżamy do obozu koncentracyjnego. Niemieccy żołnierze w pełnym uzbrojeniu z wilczurami na smyczy, coś wykrzykując, biegali przy każdym wagonie i zaglądali, czy przypadkiem ktoś nie zawiesił się pod spodem. Potem przy każdych drzwiach stanął żołnierz z karabinem i pociąg ruszył. Wrażenie było raczej przygnębiające. Coś takiego widywałem w filmach z okresu wojennego.
Tak oto przekroczyliśmy polsko niemiecką granicę na Odrze i pociąg zatrzymał się na stacji we Frankfurcie nad Odrą. Po jakimś czasie ruszyliśmy w dalszą drogę. Kontrola paszportowa i celna odbyła się bez problemu. Na terenie Niemiec było kilka kontroli granicznych z powodu podziału kraju na Wschodni i Zachodni. Wszystko jednak poszło sprawnie i bez trudności.
Niemcy Zachodnie i Belgię przejechaliśmy bez żadnej kontroli co nas nawet zaniepokoiło. Wjechaliśmy do Francji i też nikt nie przyszedł sprawdzić paszportu. Trudy podróży dawały się we znaki i ogarniało nas zmęczenie. W nocy mogliśmy najwyżej trochę się zdrzemnąć bo podróżowaliśmy w normalnym przedziale. Krajobraz za oknem był podobny do polskiego w okresie wiosennym tylko nazwy miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy przypominały, że jesteśmy w obcym kraju, we Francji.
2-go maja 1969 roku o godzinie 16-tej z minutami, dotarliśmy na dworzec Północny w Paryżu. Czekali na nas polscy Oblaci pracujący na emigracji, Ojcowie Konrad Stolarek i Stanisław Skórczyński, którzy przewieźli nas do prokury generalnej Oblatów w Paryżu na ulicy l'Assomption (Wniebowzięcia) n° 75 w szesnastej dzielnicy, niedaleko Lasku Bulońskiego. W czasie drogi pokazywali niektóre zabytki Paryża ale niewiele widziałem ponieważ oczy mi się zamykały ze zmęczenia i padał drobny, wiosenny deszcz. Atmosfera sam raz do spania!
W końcu dotarliśmy na miejsce przeznaczenia. Z ulicy, przez małą bramę, wjechaliśmy na niewielkie podwórze. Po obu stronach identyczne, dwupiętrowe domy. Jak później nam wyjaśniono, po lewej dom prowicjalny północnej prowincji francuskiej a po prawej prokura generalna oblackich misji zależna bezpośrednio od Rzymu.
Superior domu, O. Beringer, którego poznałem kiedy towarzyszył biskupowi Plumey'owi w podróży do Polski, przywitał serdecznie naszą czwórkę i wskazał pokoje, które mieliśmy zajmować na czas pobytu w Paryżu dla nauki francuskiego.
Po raz pierwszy miałem pokój dla siebie (nawet w Lublińcu mieszkałem w pokoju ze współbratem), który był "ciasny ale własny". Znajdował się na drugim piętrze, przeznaczonym dla studentów z całego oblackiego świata. Mogłem zrobić zaledwie trzy kroki od łóżka do szafy a kiedy siedziałem przy stoliku nie można było otworzyć drzwi. Była umywalka, której brakowało jeszcze w tym czasie w wielu naszych domach oblackich w Polsce. Był ciemny i nigdy do niego nie zaglądało słońce, ponieważ niewielkie okno wychodziło na ścianę sąsiedniego budynku oddalonego zaledwie o dwa metry! Przyzwyczaiłem się do niego do tego stopnia, że kiedy po wyjeździe niektórych studentów mogłem go zamienić na inny, nie chciałem już z niego się ruszyć!
Po rozpakowaniu podręcznych rzeczy i krótkim odpoczynku, przyszedł czas na kolację. Jadalnia znajdowała się na parterze. Tutaj spotkaliśmy całą wspólnotę oblacką, składającą się z różnych narodowości. Byli także przedstawiciele Afryki i wtedy, po raz pierwszy, miałem okazję spotkać z bliska czarnego człowieka i rozmawiać z nim. Był to niewielkiego wzrostu Kongolijczyk, który coś mi opowiadał. Nie wszystko zrozumiałem z powodu zmęczenia i wrażenia ale robiłem dobrą minę. Studiował tutaj duchowość i za trzy miesiące miał wracać do kraju aby zostać pomocnikiem mistrza nowicjatu. Obecnie jest biskupem jednej z tamtejszych diecezji.
Było też kilku francuskich misjonarzy z Afryki, którzy przyjechali na urlop i opowiadali o swej pracy; kilku studentów z Kanady, Cejlonu (Sri Lanki), Afryki Południowej i miejscowych Oblatów zajmujących się administracją i służących pomocą misjonarzom wyjeżdżającym do krajów trzeciego świata.
Spotkaliśmy także polskiego Oblata, który robił poszukiwania naukowe w paryskich bibliotekach i miał nam pomóc zapisać się na kurs nauki francuskiego na Alliance Française. Był to O. Wacław Hryniewicz OMI, profesor z KULu.
Trudno powiedzieć bym czuł się obco. Mimo różnorodności narodowej staraliśmy się porozumiewać po francusku. Atmosfera była jak w każdym oblackim domu. Pierwszy posiłek wydawał mi się bardzo różny od polskiego a zamiast herbaty, którą piłem do kolacji w Polsce, było cierpkie, zimne wino, piwo lub woda. Nie byłem przyzwyczajony do tego rodzaju napojów, jak również moi polscy współbracia. Nie chcieliśmy jednak robić "cyrków", ale ktoś z Francuzów zauważył, że nic nie pijemy więc superior zamówił dla nas herbatę. Byliśmy ujęci tym delikatnym gestem.
W najbliższych dniach trzeba było załatwić formalności pobytowe i zapisać się na naukę francuskiego. Pomagał nam w tym O. Hryniewicz a gdy był nieobecny i trzeba było coś załatwić z przełożonym, przydawała się znajomość niemieckiego, którą nabył O. Krzemiński kiedy, w czasie 2-giej wojny światowej, uczęszczał do niemieckiej szkoły. Przełożony, O. Beringer, pochodzący z Alzacji doskonale władał tym językiem. Tak było do czasu, aż nabyliśmy znajomości francuskiego na tyle by móc swobodnie się porozumiewać.
Ojcowie, Krzemiński i Szubert mieli wizy na sześć miesięcy więc dostali od ręki kartę pobytową. O. Juretzko i ja dostaliśmy tylko na trzy miesiące ponieważ zaczęliśmy trochę za późno o nie się starać i nie otrzymaliśmy karty pobytowej. Mieliśmy trudności z przedłużeniem naszego pobytu we Francji. Po trzech miesiącach przedłużono nam wizę po wielkich trudnościach. Potrzebne było zaświadczenie od Biskupa Plumey'a, że we Francji jesteśmy tylko przejściowo dla nauki języka. Po następnych trzech miesiącach kiedy przedłużaliśmy wizę, ustawiono nas do okienka gdzie wydawano wizy wyjazdowe z Francji. Po wielkich tłumaczeniach, skierowano nas do głównego szefa. Ten znał osobiście Biskupa Plumey'a i przedłużył nam wizę nie na trzy miesiące, jak prosiliśmy, ale na sześć i kazał się zgłosić po karty pobytowe.
Józef Leszczyński omi
|