|
2.Przygotowania
do wyjazdu
Miałem
paszport i potrzebna była wiza do Francji. Pojechałem do Poznania, do
naszego domu prowincjalnego by się dowiedzieć, jak należy załatwiać
tego rodzaju sprawy. Otrzymałem potrzebne informacje i pojechałem do
konsulatu francuskiego w Warszawie gdzie złożyłem podanie o wizę
na sześć miesięcy i inne potrzebne dokumenty. W sprawie wizy musiałem
jeździć kilka razy i w końcu otrzymałem ją ale na trzy miesiące,
ponieważ zbyt późno zacząłem o nią się starać! Datę wyjazdu
ustalono na 1.05.1969 roku i na przygotowania nie było wiele czasu.
Trwał okres Wielkiego Postu a wiadomo, że to czas nasilenia prac w
parafiach. Superior powiedział, że będę dopiero wolny po Wielkanocy,
czyli w połowie kwietnia.
Nie
znałem Kamerunu, z wyjątkiem tego czego nauczyłem się z geografii i
książek, które były mi dostępne. W tamtych czasach było to
niewiele! O pracy misyjnej w tym kraju nic nie wiedziałem. Czytałem
kilka książek oblackich autorów opisujących pracę w niektórych
krajach Afryki ale czy tak samo jest w Kamerunie, stawiałem sobie
pytanie. Powierzyłem wszystko Opatrzności Bożej i Maryi, Patronce
naszego zgromadzenia. Czułem dziwny spokój i jakąś melancholijną
radość!
Zabrałem
ze sobą rzeczy, które wydawały mi się najpotrzebniejsze. Nigdy nie
wyjeżdżałem w tak daleką podróż, najwyżej gdzieś na wycieczkę
czy na wakacje do rodziny. Zresztą ile można zabrać ze sobą do pociągu,
skoro człowiek ma tylko dwie ręce.
W
ostatnim tygodniu kwietnia 1969, wyjechałem do Poznania w towarzystwie
moich braci Czesława i Kazimierza. Dopiero tutaj spotkałem współbraci,
z którymi wyjeżdżałem z Polski na pracę misyjną w Kamerunie. Byli
to Ojcowie: Tadeusz Krzemiński (13 lat kapłaństwa), Czesław Szubert
(11 lat kapłaństwa), Eugeniusz Juretzko (5 lat kapłaństwa). Byłem
najmłodszy, niecały rok po święceniach. O. T. Krzemińskiego w ogóle
nie znałem. O. C. Szuberta niewiele. Byłem z nim przez rok (1961/1062)
na Świętym Krzyżu, ale on był sławnym misjonarzem a ja nowicjuszem.
Znałem tylko O. E. Juretzko bo spędziliśmy dwa lata w seminarium a
potem trzy lata pracował jako wikariusz w naszej parafii w Obrze. Łączyło
nas wspólne hobby – muzyka i czasami dawaliśmy małe koncerty w kościele
z okazji większych uroczystości. On grał na skrzypcach a ja mu
towarzyszyłem na organach. Prowadził też dziecięcy chórek, któremu
przygrywałem.
Zaledwie
kilka dni musiało starczyć aby się jako tako zapoznać. Ustalono
wyjazd do Francji, jak wspomniałem wyżej, na 1-go maja 1969 roku pociągiem
z Dworca Głównego w Poznaniu o godzinie 18-tej. Ostatnie dni przed
wyjazdem poświęcone były pożegnaniom. Była to pierwsza grupa
Misjonarzy Oblatów, która po drugiej wojnie światowej wyjeżdżała
do pracy w kraju misyjnym. Żegnano nas w Dużym Seminarium w Obrze, w
Małym Seminarium w Markowicach i w Katowicach, gdzie pracowali Ojcowie
Krzemiński i Szubert. Były przemówienia, życzenia i kwiaty, jak
zwykle przy podobnych okazjach. Wiele z tego nie pamiętam ponieważ byłem
wstrząśnięty myślą, że jadę w zupełnie nieznany świat, który
jest mi całkowicie obcy a którego w ogóle nie mogłem sobie wyobrazić!
Miałem
zostawić wszystko, co do tej pory było mi drogie: Rodziców, braci,
przyjaciół, kolegów z seminarium, organy i Ojczyznę a żyć na obcej
ziemi, wśród ludzi o innej kulturze, poznawać ich języki i zwyczaje;
stawać się jednym z nich!
Józef Leszczyński omi
|