|
1.
Przypadek
- Wola Boża ?
Czy
dla wierzącego w Boga, a jeszcze bardziej chrześcijanina, może istnieć
przypadek? Nasuwa mi się to pytanie, kiedy się zabieram do pisania
moich wspomnień z pracy na polu misyjnym w Kamerunie. Jak się znalazłem
w tym kraju? Dlaczego spędziłem tu sporo lat mego życia? Co było
powodem, że pokonałem wiele i czasami wielkich trudności? Kto
wyprowadził mnie z niebezpiecznych sytuacji?
Środowisko,
w którym żyję jest bardzo zróżnicowane pod względem etnicznym,
religijnym i kulturowym. Łączy je jedna rzecz, mianowicie, wiara w
Boga. Nie wszyscy mają takie samo wyobrażenie o Nim ale nikt nie wątpi
w Jego dobroć, miłość i wszechmoc! Nikt nie mówi o przypadku ale często
się słyszy: Bóg tak chciał! W trudnościach tutejsi ludzie i to
nawet ci, o których mówimy, że są poganami, wyrażają bezgraniczne
zaufanie do Boga w słowach: Bóg jest!
Pewnego
dnia stanąłem na kameruńskiej ziemi i zacząłem pracę w tym oto zróżnicowanym
środowisku bo Bóg tak chciał! Zaczęło się wszystko bardzo prosto i
zwyczajnie!
23
czerwca 1968 roku przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk
Arcybiskupa Poznańskiego Antoniego Baraniaka w kościele parafialnym św.
Jakuba, przy seminarium Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze
koło Wolsztyna w województwie poznańskim i otrzymałem obediencję do
naszego domu w Lublińcu, gdzie rozpoczęła się moja przygoda z Afryką.
Nigdy
nie myślałem o wyjeździe na misje ani o pracy poza granicami kraju.
Cały czas przygotowywałem się do pracy w Polsce na jakiejś oblackiej
placówce. Moim wielkim hobby była gra na organach. W tej dziedzinie byłem
samoukiem ale znałem nuty i podstawy muzyki ponieważ uczęszczałem do
Ogniska Muzycznego w Oleśnicy ucząc się gry na skrzypcach, którą
kontynuowałem nadal w seminarium, dzięki ks. Zbigniewowi Artymowskiemu,
który dojeżdżał raz w tygodniu, ze swej wiejskiej parafii Wilkowice
koło Leszna, do naszego seminarium aby uczyć oblackich kleryków gry
na tym szlachetnym instrumencie. Był wirtuozem ale karierę poświęcił
dla posługi kapłańskiej. W parafii, oprócz zajęć duszpasterskich,
uczył dzieci i młodzież muzyki i gry na skrzypcach. Do tego stopnia
był zapaleńcem, że jak tylko ktoś z jego uczniów okazał
zainteresowanie skrzypcami i robił szybkie postępy, zaraz mu ofiarował
instrument i to nie byle jaki. Kilku z naszych kleryków otrzymało dzieła
wielkich lutników: Amati, Stradywariusz... Namawiał mnie bym poświęcił
się skrzypcom i zostawił organy. Niestety, nie mogłem się na to
zgodzić ponieważ organy to było moje marzenie! Wiele wolnego czasu w
seminarium spędziłem przy tym instrumencie i przez sześć lat byłem
etatowym organistą naszej parafii w Obrze. Myślałem, że po święceniach,
pracując na jednej z naszych placówek, będę równocześnie mógł służyć
moimi umiejętnościami w dziedzinie muzycznej. Stało się jednak
inaczej, co przerosło moje oczekiwania i marzenia!
W
roku 1967 zaproponowano polskim Oblatom pracę w Brazylii. Zgłosiło się
10 ochotników ale nie otrzymali od władz państwowych pozwolenia na
wyjazd. Jeszcze przed ukończeniem seminarium słyszałem, że Prowincjał
poszukuje kandydatów na misje do Kamerunu. Nie zwracałem na to uwagi
ponieważ nie byłem jeszcze kapłanem a w dodatku, tego typu wyjazd
mnie nie interesował! W początkach sierpnia 1968, już po moich święceniach,
Prowincjał przyjechał do Lublińca i akurat tego dnia przypadł na
mnie dyżur na furcie. Wprowadzając go do domu usłyszałem, jak głośno
rozważał: „Mam trzech kandydatów do Kamerunu, a ty będziesz
czwarty”. Nie wziąłem tego poważnie i nic nie odpowiedziałem. Myślałem,
że Prowincjał porozmawia ze mną na ten temat. Niestety czas był krótki
ponieważ już we wrześniu 1968 roku przyjechał do Polski oblacki
biskup z Kamerunu Yves Plumey, z pochodzenia Francuz, w poszukiwaniu
misjonarzy do swojej diecezji a w międzyczasie nie miałem okazji
spotkać się z Prowincjałem.
Kiedy
obaj zjawili się w Lublińcu, Prowincjał przedstawił mnie jako
ochotnika do Kamerunu. Zdziwiłem się ale nic nie odpowiedziałem myśląc
w duchu: po co będę marnował ślinę i robił przykrość Prowincjałowi
a zwłaszcza Biskupowi z Kamerunu, który się ucieszył i okazał wielką
radość ze spotkania kogoś kto chce pracować w jego diecezji. Pomyślałem,
że i tak z tego nic nie wyjdzie, jak poprzedniego roku z Brazylią.
Biskup opowiadał mi o Kamerunie, o pracy misyjnej, o swoich planach, które
wiązał z Polakami, pokazywał mapy słowem, był bardzo zadowolony.
Niewiele z tego wszystkiego rozumiałem bo francuski znałem bardzo słabo,
ale czułem jego radość, której nie chciałem gasić.
Prowincjał
z Biskupem odjechali a ja wróciłem do codziennych zajęć myśląc, że
wszystko skończone. Tu się pomyliłem. W październiku otrzymałem
zaproszenie od biskupa Plumey na wyjazd do Francji dla nauki języka.
Specjalnie się tym nie przejmowałem. Trzeba było starać się o
paszport i o dziwo, dostałem go bez żadnych przeszkód. Podobnie moi
współbracia z którymi miałem wyjeżdżać do Kamerunu. Tego się nie
spodziewałem. W duchu sobie powiedziałem, że jako misjonarz muszę być
gotowy do pracy gdzie zajdzie potrzeba, nawet w obcym kraju, a nie tylko
w Polsce! Moje życie należy do Chrystusa i chcę, jak On, pełnić wolę
Ojca! Na obrazku prymicyjnym napisałem przecież, że „stałem się
wszystkim dla wszystkich bo moim powołaniem jest Miłość”!
Nadszedł więc czas na realizację tego hasła ale w sposób zupełnie
inny niż sobie wyobrażałem. Pan wskazał mi, że decyzja należy do
Niego.
Dlaczego
tak się stało? Bp Plumey okazał się dyplomatą. Odwiedził w
Warszawie Ministra do Spraw Wyznań i poprosił o czterech misjonarzy do
swojej diecezji w Kamerunie. Minister powiedział by mu podać nazwiska
i przyrzekł biskupowi, że nie będzie żadnej trudości aby ta czwórka
wyjechała na misje do Kamerunu. Tak się też stało!
Józef Leszczyński omi
|