Strona główna

Nieoficjalny i niezależny serwis poświęcony miastu Bierutów

   

Nasz rodak w Kamerunie

Autor: Józef Leszczyński Oblat Maryi Niepokalanej

 

1. Przypadek  -  Wola Boża ?

 Czy dla wierzącego w Boga, a jeszcze bardziej chrześcijanina, może istnieć przypadek? Nasuwa mi się to pytanie, kiedy się zabieram do pisania moich wspomnień z pracy na polu misyjnym w Kamerunie. Jak się znalazłem w tym kraju? Dlaczego spędziłem tu sporo lat mego życia? Co było powodem, że pokonałem wiele i czasami wielkich trudności? Kto wyprowadził mnie z niebezpiecznych sytuacji?

Środowisko, w którym żyję jest bardzo zróżnicowane pod względem etnicznym, religijnym i kulturowym. Łączy je jedna rzecz, mianowicie, wiara w Boga. Nie wszyscy mają takie samo wyobrażenie o Nim ale nikt nie wątpi w Jego dobroć, miłość i wszechmoc! Nikt nie mówi o przypadku ale często się słyszy: Bóg tak chciał! W trudnościach tutejsi ludzie i to nawet ci, o których mówimy, że są poganami, wyrażają bezgraniczne zaufanie do Boga w słowach: Bóg jest!

Pewnego dnia stanąłem na kameruńskiej ziemi i zacząłem pracę w tym oto zróżnicowanym środowisku bo Bóg tak chciał! Zaczęło się wszystko bardzo prosto i zwyczajnie!

23 czerwca 1968 roku przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk Arcybiskupa Poznańskiego Antoniego Baraniaka w kościele parafialnym św. Jakuba, przy seminarium Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze koło Wolsztyna w województwie poznańskim i otrzymałem obediencję do naszego domu w Lublińcu, gdzie rozpoczęła się moja przygoda z Afryką.

Nigdy nie myślałem o wyjeździe na misje ani o pracy poza granicami kraju. Cały czas przygotowywałem się do pracy w Polsce na jakiejś oblackiej placówce. Moim wielkim hobby była gra na organach. W tej dziedzinie byłem samoukiem ale znałem nuty i podstawy muzyki ponieważ uczęszczałem do Ogniska Muzycznego w Oleśnicy ucząc się gry na skrzypcach, którą kontynuowałem nadal w seminarium, dzięki ks. Zbigniewowi Artymowskiemu, który dojeżdżał raz w tygodniu, ze swej wiejskiej parafii Wilkowice koło Leszna, do naszego seminarium aby uczyć oblackich kleryków gry na tym szlachetnym instrumencie. Był wirtuozem ale karierę poświęcił dla posługi kapłańskiej. W parafii, oprócz zajęć duszpasterskich, uczył dzieci i młodzież muzyki i gry na skrzypcach. Do tego stopnia był zapaleńcem, że jak tylko ktoś z jego uczniów okazał zainteresowanie skrzypcami i robił szybkie postępy, zaraz mu ofiarował instrument i to nie byle jaki. Kilku z naszych kleryków otrzymało dzieła wielkich lutników: Amati, Stradywariusz... Namawiał mnie bym poświęcił się skrzypcom i zostawił organy. Niestety, nie mogłem się na to zgodzić ponieważ organy to było moje marzenie! Wiele wolnego czasu w seminarium spędziłem przy tym instrumencie i przez sześć lat byłem etatowym organistą  naszej parafii w Obrze. Myślałem, że po święceniach, pracując na jednej z naszych placówek, będę równocześnie mógł służyć moimi umiejętnościami w dziedzinie muzycznej. Stało się jednak inaczej, co przerosło moje oczekiwania i marzenia!

W roku 1967 zaproponowano polskim Oblatom pracę w Brazylii. Zgłosiło się 10 ochotników ale nie otrzymali od władz państwowych pozwolenia na wyjazd. Jeszcze przed ukończeniem seminarium słyszałem, że Prowincjał poszukuje kandydatów na misje do Kamerunu. Nie zwracałem na to uwagi ponieważ nie byłem jeszcze kapłanem a w dodatku, tego typu wyjazd mnie nie interesował! W początkach sierpnia 1968, już po moich święceniach, Prowincjał przyjechał do Lublińca i akurat tego dnia przypadł na mnie dyżur na furcie. Wprowadzając go do domu usłyszałem, jak głośno rozważał: „Mam trzech kandydatów do Kamerunu, a ty będziesz czwarty”. Nie wziąłem tego poważnie i nic nie odpowiedziałem. Myślałem, że Prowincjał porozmawia ze mną na ten temat. Niestety czas był krótki ponieważ już we wrześniu 1968 roku przyjechał do Polski oblacki biskup z Kamerunu Yves Plumey, z pochodzenia Francuz, w poszukiwaniu misjonarzy do swojej diecezji a w międzyczasie nie miałem okazji spotkać się z Prowincjałem.

Kiedy obaj zjawili się w Lublińcu, Prowincjał przedstawił mnie jako ochotnika do Kamerunu. Zdziwiłem się ale nic nie odpowiedziałem myśląc w duchu: po co będę marnował ślinę i robił przykrość Prowincjałowi a zwłaszcza Biskupowi z Kamerunu, który się ucieszył i okazał wielką radość ze spotkania kogoś kto chce pracować w jego diecezji. Pomyślałem, że i tak z tego nic nie wyjdzie, jak poprzedniego roku z Brazylią. Biskup opowiadał mi o Kamerunie, o pracy misyjnej, o swoich planach, które wiązał z Polakami, pokazywał mapy słowem, był bardzo zadowolony. Niewiele z tego wszystkiego rozumiałem bo francuski znałem bardzo słabo, ale czułem jego radość, której nie chciałem gasić.

Prowincjał z Biskupem odjechali a ja wróciłem do codziennych zajęć myśląc, że wszystko skończone. Tu się pomyliłem. W październiku otrzymałem zaproszenie od biskupa Plumey na wyjazd do Francji dla nauki języka. Specjalnie się tym nie przejmowałem. Trzeba było starać się o paszport i o dziwo, dostałem go bez żadnych przeszkód. Podobnie moi współbracia z którymi miałem wyjeżdżać do Kamerunu. Tego się nie spodziewałem. W duchu sobie powiedziałem, że jako misjonarz muszę być gotowy do pracy gdzie zajdzie potrzeba, nawet w obcym kraju, a nie tylko w Polsce! Moje życie należy do Chrystusa i chcę, jak On, pełnić wolę Ojca! Na obrazku prymicyjnym napisałem przecież, że „stałem się wszystkim dla wszystkich bo moim powołaniem jest Miłość”!  Nadszedł więc czas na realizację tego hasła ale w sposób zupełnie inny niż sobie wyobrażałem. Pan wskazał mi, że decyzja należy do Niego.

Dlaczego tak się stało? Bp Plumey okazał się dyplomatą. Odwiedził w Warszawie Ministra do Spraw Wyznań i poprosił o czterech misjonarzy do swojej diecezji w Kamerunie. Minister powiedział by mu podać nazwiska i przyrzekł biskupowi, że nie będzie żadnej trudości aby ta czwórka wyjechała na misje do Kamerunu. Tak się też stało!

                                                                              Józef Leszczyński omi


Wstęp 1.Przypadek - Wola Boża? 2.Przygotowania do wyjazdu 3.Wyjazd z Polski i pobyt we Francji 4.Alliance Française 5. Kontakty z Polonią francuską 6. Największa podróż mojego życia